Facebook Instagram
Facebook Instagram
Partner:

Paryska bohema w polskim wydaniu. Wszystkie przypadki Aleksandry Fontaine

0

Dla Francuzów jest egzotycznym zjawiskiem. W Polsce podobnie. Kosmitka. Dla bliskich – Ola, dla fanów tańca i rewii – Aleksandra Fontaine Kędzierska. Miała 16 lat, gdy wyjechała z Polski i zaczęła spełniać swoje marzenia. Wtedy Polska próbowała się już wybijać na wolność, ale tkwiła jeszcze bardzo głęboko w PRL-u. A ona uznała, że aby życie nabrało tempa, trzeba otworzyć się na wyzwania.

Shutterstock.com
Paryska bohema w polskim wydaniu. Wszystkie przypadki Aleksandry Fontaine

– W szkole baletowej prowadziłam zapiski w moim tajemnym pamiętniku. Pisałam tę samą frazę: „muszę stąd wyjechać”. Nieustannie myślałam o tym marzeniu. I to się w końcu stało, tylko przed czasem. Chciałam wyjechać w wieku 19 lat, a wyjechałam jako 16-latka – opowiada Aleksandra.

Od początku wiedziała, że jej przeznaczeniem jest sztuka i świat show-biznesu. – W Polsce było mi za ciasno na te wszystkie potrzeby i zainteresowania. Potrzebowałam wolności – mówi.

Wyjechała w 2000 r. Wcześniej dowiedziała się, że w gdańskiej Operze Bałtyckiej odbywają się egzaminy na Uniwersytet Sztuki w Austrii. Poszła, nikomu nie powiedziała, ile ma lat, i los chciał, że ją przyjęto. Dopiero później wszyscy się dowiedzieli, że nie ma nawet matury. I tak ruszyła w świat. Siostra Aleksandry, która teraz mieszka w Kanadzie, jako jedyna dobrze znała angielski, załatwiła jej wizę, stypendium i mieszkanie u polskiego księdza na plebanii.

– Postawiłam mamę przed faktem dokonanym. Powiedziałam jej: teraz musicie mnie zawieźć, nie ma innej opcji. Zawieźli mnie do Austrii samochodem i tak to się wszystko zaczęło – wspomina.

Pióra z paryskiego Lido

Na uniwersytecie była najmłodszą studentką. W Austrii przeżyła pierwsze imprezy, pierwsze miłości. – Kochałam się w chłopaku z wydziału muzyki, który grał na kontrabasie. Jemu jednak przeznaczona była skrzypaczka. Wszyscy wiedzieli o naszej miłości platonicznej. Specjalnie wychodziłam po colę na korytarz, on tam siedział i patrzył na mnie. Przychodził na wszystkie moje występy, ja chodziłam na jego koncerty – opowiada Aleksandra.

W Austrii długo nie wytrzymała. Ciągnęło ją dalej w świat. Po dwóch latach stwierdziła, że jest gotowa na scenę. Padło na Hiszpanię. – Dostałam się do zespołu neoklasycznego w Barcelonie. Wyjechałam, ale zapomniałam powiedzieć o tym rodzicom. Dowiedzieli się dwa miesiące później. Mama prawie dostała zawału, ojczym niemal przestał się do mnie odzywać – tak bardzo chciał, żebym zamieszkała w Austrii. W Barcelonie wytrzymałam pięć miesięcy. Dlaczego? Pewnie wyszła moja natura – kocham taniec, ale dla mnie to tylko część życia. Nie mogę żyć wyłącznie nim i to mi się w Barcelonie nie podobało. W zespole byli sami fanatycy baletu i nie sposób było porozmawiać z nimi o czymś innym – opowiada.

Aleksandra we Francji spełniała swoje marzenie o tańczeniu na wielkiej scenie. Były pióra, kolorowe światła i uwielbienie widzów.

W Paryżu trwał akurat casting do rewii Lido. Takiej szansy nie można było przegapić. Wsiadła do samolotu z jednym małym plecakiem, a po wylądowaniu pojechała prosto na Champs-Élysées. – Ówczesny główny reżyser lubił tancerki delikatne, z gracją, o idealnych klasycznych liniach. Po minucie wskazał na mnie – takiego wychudzonego szczypiorka – i powiedział, że jestem jedną z najbardziej utalentowanych artystek XXI wieku – wspomina Aleksandra. – Zadzwoniłam do mojej pani choreograf z Barcelony i powiedziałam jej, że chyba tu zostanę, bo to wielka szansa. Dopingowała mnie w tej decyzji. Wysłała mi tylko moje rzeczy. Przez dwa miesiące i tak chodziłam w tych samych ciuchach, w których tu przyjechałam.

Aleksandra we Francji spełniała swoje marzenie o tańczeniu na wielkiej scenie. Były pióra, kolorowe światła i uwielbienie widzów. Szybko została Bluebelle Girl, czyli dziewczyną tańczącą w pierwszej linii. Wiele tancerek dałoby się pokroić za taki angaż. Zostać tancerką rewii nie jest łatwo. Musisz mieć ciało supermodelki, umieć tańczyć i grać na scenie mądrze i z polotem. A Aleksandra nie dość, że rozkochała w sobie publiczność, to za swój wkład w kulturę dostała obywatelstwo i specjalny status artystki Republiki Francuskiej.

– Każda dziewczyna o tym marzyła, a ja odliczałam dni do momentu, kiedy pokonam po prostu kolejny etap w życiu. Działałam tym dziewczynom na nerwy. Młoda, w dodatku Poleczka, występowała w pierwszym rzędzie… – przyznaje. – Pewnie po roku bym wyjechała, ale wzięłam kredyt na mieszkanie. Wtedy jeszcze nawet nie znałam francuskiego. Siedziałam u notariusza i nie miałam nawet pojęcia, co on do mnie mówi…

Makau o zmierzchu

Aleksandra w Lido de Paris tańczyła prawie pięć lat. Jak sama dziś przyznaje, to i tak długo jak na nią. I choć od momentu jej ostatniego występu w paryskiej rewii do naszej rozmowy minęło 10 lat, jej historia wciąż fascynuje. Lido to wizytówka na całe życie.

Po czasie spędzonym wśród piór chciała uciec jak najdalej od europejskiego show-biznesu. Bo paryska bohema potrafi wciągnąć i zatopić. – Padło na Makau – opowiada. – Występowałam w spektaklu, który łączył taniec, rewię, śpiew, ale najciekawsza była cała otoczka. Mogłam podróżować praktycznie za darmo. Kumulowałam wolne dni i wyjeżdżałam zwiedzać Azję. Oprócz tego, że widziałam prawdziwy raj, jaki przedstawia się na pocztówkach, doświadczyłam też tych ciemnych stron świata, strasznego zła, o którym wiemy, ale nikt o tym nie mówi głośno.

Mówi się, że Makau to stolica światowego hazardu. Działalność kasyn przyniosła ze sobą prostytucję, handel ludźmi i zorganizowaną przestępczość. Wykorzystywane dzieci, maltretowane kobiety – to ten drugi świat, którego można tam doświadczyć. – Któregoś dnia chciałam zabić faceta, który wszedł do windy z małym chłopcem. Rzuciłam się na niego z pięściami, ale mój były chłopak mnie odciągnął.

Pobyt w Makau przypłaciła zdrowiem. – Pod koniec pobytu na tle nerwowym dostałam potwornej alergii. Swędziało mnie wszystko, nie byłam w stanie tańczyć. Poszłam do trzech lekarzy Chińczyków, a oni nic. Czwarty lekarz był Amerykaninem buddystą. I on mi mówi: klasyczny przypadek. Ma pani alergię na to miasto. Trzeba jak najszybciej wracać do Europy, bo to się będzie pogłębiać.

Wróciła prosto do Paryża. To m.in. pobyt w Chinach skłonił ją do podjęcia studiów dziennikarskich, do napisania „Dziewczyny z walizką”. Jej bohaterka, Lidia, też widziała w życiu wiele. Książka zbiera różne recenzje wśród polskich krytyków. Dla wielu młodych kobiet stała się ostrzeżeniem, co może się stać, jeśli nie będą ostrożne. Łatwo jest się w świecie pogubić.

Polka rodem z kosmosu

Aleksandra urodziła się w Gdyni, pochodzi z Sopotu, dzieciństwo spędziła w gdańskiej Szkole Baletowej, potem pół życia była w rozjazdach. We Francji jest kobietą mówiącą i zachowującą się jak Francuzka, a wyglądającą jak Słowianka – uważają ją za egzotyczną osobliwość, a w Polsce za kosmitkę, pozytywnie zakręconą babkę, która nie mieści się w żadnych schematach. Nie wszyscy potrafią ją przez to zaakceptować.

Otwarcie mówi o swoich sukcesach. Kiedy rozmawiamy w jednej z sopockich kawiarni, opowiada też o tym, jak wściekła i spocona sama przewoziła kostiumy z Paryża do Krakowa. Usiadła za kierownicą wielkiej ciężarówki, bo wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, żadnego spektaklu nie będzie. I ta ciężarówka wydaje jej się bardziej oryginalna niż zaproszenia na obiady do karaibskich posiadłości gwiazd z pierwszych stron gazet.

– Moja mama mówi, że musi chodzić po ulicy Haffnera w Sopocie w okularach słonecznych, bo sąsiadki zaczepiają ją i wypytują o tę sławną córkę – śmieje się.

Pytam, czy czuje się wciąż Polką, czy już bardziej Francuzką. – Mentalnie jestem w 60 proc. Francuzką – odpowiada. – Czuję się obywatelką świata. Moje serce jest podzielone pomiędzy Polskę i Francję. Dobrze czuję się wszędzie.

Wyrzucają ją drzwiami, wraca oknem. I często jest tak, że przeszkadza szczególnie tym, którzy, gdy już wyrzuci się ich przez drzwi, to nie wracają, a jeszcze mają traumę do końca życia, że spróbowali.

– W Polsce jest stereotyp, że kobieta do trzydziestki powinna mieć już męża i dzieci, a jak nie ma, to jest źle. Kobieta ma prawo myśleć przede wszystkim o sobie, ma prawo się realizować. Żyjemy niestety w świecie maczo. Decydują mężczyźni. Faceci są mną zafascynowani, ale widzą po pewnym czasie, że jestem bardzo niezależna. Mogłabym mieć wszystko, ale nie chcę. Nie chcę być czyjąś żoną do pokazywania na imprezkach, na galach, marionetką, być tą, co pierze skarpetki i siedzi w domu, jeszcze nie – opowiada Aleksandra. – Ten patriarchalny stereotyp jest w Polsce bardzo silnie zakonserwowany. Moje poczucie wolności nie zawsze jest tutaj akceptowane – dodaje.

– Zapytałam kiedyś Krzysia Skibę, co robić z tym hejtem. „Jak ty z tym żyjesz? Przecież to by nie można było nic robić” – mówiłam, a on mi na to: „Witaj w świecie polskiego show-biznesu. Polska taka jest i zawsze tak było. Albo się do tego przyzwyczaisz, nie będziesz tego czytać, chyba że się wstawisz i dla śmiechu poczytasz, albo wracaj do Paryża i nic nie rób”. A Krysia Pytlakowka, przyjaciółka, słynna dziennikarka, mówi do mnie, że w naszym kraju hejt to rzecz codzienna. Im bardziej wykraczasz poza format A4, tym mniej jesteś tolerowana.

Niczego nie żałuję

„Non, je ne regrette rien” – śpiewała Edith Piaf. Słowa jej piosenki mogłyby być motywem przewodnim życia Oli. Odpowiada jej droga życia Josephine Baker - amerykańskiej aktorki, tancerki, idącej przez świat jak burza. Życie na walizkach wychodzi jej na dobre. Nieustannie rzuca sobie nowe wyzwania.

– Jedna z moich misji, którą sobie wymyśliłam, to zmienienie postrzegania w Polsce rewii. Bo wielu Polakom rewia miesza się z domem publicznym, a prostacki kabaret miesza się z rewią. Na świecie są trzy rewie: Lido, Mouline Rouge i Jubilee w Las Vegas. Więcej nie ma. Chcę ludziom pokazać, że to piękne spektakle – opowiada.

Zastanawia się z przyjaciółmi nad kupnem artystycznej barki, która krążyłaby europejskimi kanałami, a wystawiano by na niej spektakle. Oprócz sceny mogłaby tam być galeria sztuki i miejsce spotkań artystów wciąż ufających w Europę jako wartość, która łączy ludzi, a nie dzieli. Aktualnie przygotowuje album, do którego muzykę skomponowali Marek Kuczyński i William Malcolm. Jej piosenki puszczane są już we francuskim radiu. Teraz czas na Polskę. Teledysk wyreżyserować mają Paweł Zbierski i Yach Paszkiewicz, ojciec polskiego wideoklipu.

A co potem? – Chciałabym mieć dom na prowincji Francji, tam organizować weekendowy teatr, zjeżdżaliby ludzie z okolicznych miasteczek. Chciałabym pisać. Niczego w życiu nie żałuję. Co bym zmieniła? Nic. Może jeszcze wcześniej bym wyjechała, żeby szybciej móc doświadczać życia i dzielić się doświadczeniami z innymi.

We Francji mówią na nią Fontaine. Fontanna kojarzy się z różnorodnością. – W Polsce już słyszałam, że pewnie rozwiodłam się z milionerem, mam majątek po mężu – śmieje się Ola. – A to wszystko zdobyłam przecież własną pracą. Trochę pomogły talent i szczęście. Cały czas walczę i się nie poddaję. Gdy wracam do Polski, trochę się martwię, bo jakoś tu się smutno zrobiło… Zresztą w całej Europie robi się coraz smutniej. To znak czasu. Drażni mnie u nas brak odwagi i wiary we własne siły. Odwiedziłam niedawno ambitną młodzież z szóstego LO w Gdańsku. Widziałam tam wielu wspaniałych, bardzo uzdolnionych tanecznie i artystycznie młodych ludzi. Wystarczyłoby dać im szansę, a niektórym pozwolić wyjechać za granicę, może mogliby kiedyś tam zrobić oszałamiające kariery. Ja sama własną walizkę staram się mieć zawsze pod ręką – śmieje się Ola.

0

6 programów, 10 kuchni. Za kulisami popularnych programów kulinarnych

1

Programy o gotowaniu cieszą się sporą popularnością. Poszczególne odcinki "Master Chefa” odnotowały oglądalność na poziomie od nieco ponad 2 do prawie 5 milionów widzów. Polacy chętnie oglądają "gotowanie na ekranie”, a część telewidzów na pewno później samodzielnie odwzorowuje zaprezentowane przepisy. W jakich wnętrzach kręcone są programy o gotowaniu, telewizyjne zmagania kucharzy-amatorów, a także kulinarne porady w telewizjach śniadaniowych? Zobaczcie!

Shutterstock.com
6 programów, 10 kuchni. Za kulisami popularnych programów kulinarnych
CZYTAJ DALEJ

Wyjątkowa księgarnia na mapie Warszawy

1

Super Salon to wyjątkowe miejsce na mapie Warszawy. Księgarnia pełna pięknych książek oraz magazynów z zakresu mody, fotografii, kuchni, designu, architektury, sztuki, lifestyle'u oraz sportu. W przebogatych zbiorach Super Salonu znajduje się 3000 wyjątkowych, często niedostępnych na polskim rynku albumów i magazynów najlepszych międzynarodowych wydawców, ale też notesów i designerskich drobiazgów.

Materiały prasowe
Wyjątkowa księgarnia na mapie Warszawy
CZYTAJ DALEJ