Facebook Instagram
Facebook Instagram
Partner:

Matka wierzy do końca. Walka o EmiLove serduszko

0

Przez pięć lat mama Emila słyszała tylko, że jej synek nie ma szans. Chłopczyk od pierwszych minut życia walczył o każdy oddech. Walczył dzielnie, bo urodził się z bardzo skomplikowaną wadą tętnic płucnych, którą operuje się tylko w kilku miejscach na świecie. Przeżył zapaść i wiele bolesnych zabiegów. Bliscy z wielkim bólem patrzyli na mękę chłopca, cierpiał też jego brat bliźniak Borys, który bardzo chciał mieć towarzysza do zabawy.

Facebook.com
Matka wierzy do końca. Walka o EmiLove serduszko

Mama Emilka, Katarzyna Koryczan, po raz pierwszy wysłała dokumentację chłopca do kilku ośrodków na świecie zaraz po jego urodzeniu. Od początku było wiadomo, że tak złożonej wady nie da się operować w Polsce. Wszyscy wtedy odmówili, tłumacząc, że stan Emilka nie rokuje sukcesu. Nie odmówił tylko prof. Frank Hanley z Lucile Packard Children’s Hospital w Stanford, który opracował metodę korygowania takiej właśnie wrodzonej wady serca. Emilek urodził się z tetralogią Fallota zarośniętą zastawką tętnicy płucnej i zwężonymi skrajnie naczyniami. W praktyce jego naczynia krwionośne nie rosły razem z nim. U niego wada ta była wyjątkowo skomplikowana.

Gdy nie ma nic do stracenia...

Emilek niedługo przed planowanym wyjazdem do Stanów miał zapaść, jego stan był bardzo ciężki. Rodzice podjęli decyzję o operacji ratującej życie w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, która się powiodła, ale niestety wady nie naprawiła. Rodzice wysłali nowe wyniki do profesora Hanleya, kiedy Emil miał półtora roku. I wtedy świat im się zawalił, ponieważ profesor odmówił! Ryzyko, że Emil nie przeżyje tej operacji, było ogromne. Profesor operował wtedy głównie noworodki i małe dzieci. Obawiał się również, że przy tak ekstremalnej postaci wady, po operacji wytworzy się nadciśnienie płucne i dziecko umrze nawet w ciągu 48 godzin – tłumaczy pani Katarzyna.

Wtedy zostało jedno rozwiązanie – próby poszerzania naczyń w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, gdzie kilka razy się to troszkę udało, ale w 2015 roku operacja nie dała już żadnego rezultatu. Emilek siniał, miał bardzo niską saturację, jego życie było zagrożone. Lekarze powiedzieli, że trzeba dać mu tlen i czekać, aż umrze.

- Pomyślałam wtedy, że nie mam nic do stracenia. Mogę patrzeć, jak moje dziecko umiera, albo jeszcze raz podjąć próbę kontaktu z prof. Hanley’em. Odpisał, że mają pomysł, naczynia Emilka troszkę urosły, nauka poszła do przodu i wada Emilka jest lepiej rozpoznana. I że jest promyczek nadziei. Mając perspektywę śmierci synka albo promyczek nadziei, uczepiłam się tego promyczka ze wszystkich sił – opowiada pani Kasia.

Pomoc przyszła nieoczekiwanie

Kiedy rodzice chłopca zobaczyli wycenę operacji, długo liczyli wszystkie zera przy kwocie. Z pomocą przyszli ludzie. Bardzo wielu ludzi – na subkonto Emilka w jednej z fundacji zaczęły płynąć pierwsze złotówki. Pomógł też 1 proc.

- I bardzo wielu przyjaciół, którzy zaangażowali się w akcję "Ratujmy EmiLove serduszko”. Bardzo dużo dobrego zrobiło nagłośnienie naszego problemu w mediach. Ciągle nie dowierzam, że na nasz apel o pomoc odpowiedziało prawie 400 tys. osób! Nie mieliśmy spektakularnych wpłat – większość osób wpłacała po 30-50 zł. Kiedy wyjeżdżaliśmy na przygotowanie do operacji, pełnej kwoty jeszcze nie było, szpital zgodził się rozpocząć procedurę po zapłaceniu połowy, resztę zbierano do samego końca – mówi pani Kasia.

Zanim chłopiec trafił na stół operacyjny we wrześniu 2016, kilka miesięcy wcześniej przeszedł zabieg rozszerzania tętnic. Chodziło o to, by jego stan był nieco stabilniejszy a prof. Hanley miał na czym pracować. Czas od czerwca do września minął w ogromnej niepewności, bo na miejscu, już na stole operacyjnym, mogło się okazać, że naprawa wady nie uda się.

- Na szczęście po tym zabiegu saturacja poprawiła się o 15 proc, więcej niż po wcześniejszych zabiegach w Polsce kiedy polepszała się o 5 proc. Była to być może jedyna i ostatnia okazja, by mu pomóc. Dlatego drżeliśmy, by zdążyć ze wszystkim, by znowu się nie pogorszyło, by nie wydarzyło się coś, co pogorszy jego stan. Szczęśliwie coś czuwało nad nami, siła wyższa i we wrześniu Emilek trafił na stół operacyjny – wspomina pani Kasia.

19 godzin strachu i niepewności

Prof. Hanley do końca nie wiedział, czy uda mu się naprawić wadę chłopca. Dopiero po naprawie tętnic wiadomo było, jak funkcjonują i czy uda się naprawić samo serce.

- Operacja trwała 19 godzin, prof. Hanley stał przy stole operacyjnym przez 12, asystowało mu 40 osób. Wszystko oczywiście w hipertermii. Dokonano rekonstrukcji naczyń płucnych i korekty wady serca. Emilek ma na naczyniach i sercu łaty, ma także wszczepiony homograft, tkankę od dawcy, biologiczne zastawki. To była ogromna, skomplikowana operacja. Kiedy zobaczyłam profesora o 1.30 w nocy po kilkunastu godzinach na bloku operacyjnym, wiedziałam, że się udało, był szeroko uśmiechnięty – mówi pani Kasia.

Przez kolejne, decydujące o życiu chłopca dni, zajmowali się nim specjaliści z bloku intensywnej terapii sercowo-naczyniowej. Jak mówi pani Kasia – najlepsi specjaliści na świecie. Emil przez tydzień pozostawał w śpiączce, zaintubowany, dwa dni z otwartą klatką piersiową. Przez pierwszą dobę były przy nim dwie pielęgniarki, które nie usiadły nawet na minutę.

Maszyna, nie dziecko

- To była wtedy maszyna, a nie dziecko – wspomina mama Emila – mogliśmy być z nim cały czas. Nie tylko ja, ale także jego babcia i brat. W Polsce nie ma opcji, by rodzina towarzyszyła pacjentowi w tak ciężkim stanie, wszyscy boją się zarazków. Tam byli bardzo zdziwieni takim podejściem – dodaje.

Borys, bliźniak Emilka bardzo przeżywał operację brata, choć rodzina przygotowała go do tego, co będzie się działo. Kiedy do niego przychodził, dziwił się tylko, dlaczego Emilek tak długo śpi. Po dwóch tygodniach na intensywnej terapii i kolejnych dwóch na oddziale, chłopiec został wypisany ze szpitala, choć jeszcze przez dwa miesiące wracał do kliniki na kontrole. W sumie pobyt w Stanach Zjednoczonych trwał trzy miesiące.

O tym, jakie były warunki w klinice w Stanford, pani Kasia mogłaby opowiadać godzinami. Zwraca także uwagę na zupełnie inne podejście do rodziców.

- W Polsce przeważnie słyszałam, że z Emilkiem jest źle, bardzo źle, że jest umierający. Tam, kiedy co dwie godziny dzwoniono do mnie z bloku operacyjnego, słyszałam – jest dobrze, parametry są dobre, jest w dobrych rękach, chirurdzy pracują. Wiadomo przecież, że operacja była obarczona ogromnym ryzykiem, nikt mi jednak nie dokładał dodatkowego ciężaru. Robiono wszystko, by zminimalizować moje zdenerwowanie – tłumaczy.

Wygrana batalia

Teraz, nieco ponad pół roku po operacji, saturacja Emilka wynosi 97 proc. Tyle, ile zdrowego człowieka. Wygrana batalia o jego serduszko nie jest jednak końcem wojny.

- Jestem realistką. To nie jest tak, że mój synek jest wyleczony na zawsze. Homograft w najlepszym razie będzie musiał być wymieniony za 10 lat. Re-operacja będzie konieczna, podobnie jak kilka innych zabiegów korygujących. Na szczęście jednak o innej skali, ze zdecydowanie mniejszym zagrożeniem. Co trzy miesiące kontrole, jesienią na rocznicę operacji polecimy do prof. Hanley’a na kompleksowe badania. Przez wiele lat będziemy związani z amerykańską kliniką – tłumaczy pani Kasia.

Teraz Emilek z nawiązką nadrabia zaległości, tryska energią, biega, żywiołowo bawi się z bratem. Ostatnio nauczył się jeździć na rowerze. Każdy, kto widzi tego chłopca, nie może uwierzyć w to, co przeszedł. Kiedy mówię pani Kasi, że podziwiam jej upór i wolę walki, tylko się uśmiecha.

- Kiedy w grę wchodzi życie dziecka, żadna matka nie ma wątpliwości. Poruszy niebo i ziemię, by mu pomóc. Przez tyle lat myślałam ze strachem o tym, jak bardzo policzone są dni mojego synka. Teraz śmiało myślę już o jego talentach, dorosłości, starości… Długa droga przed nami, ale damy radę – mówi.

Dzięki determinacji pani Kasi i jej matczynej wierze w powodzenie Emil dostał kolejną szansę. Nie sposób opisać jej radość, nie wspominając o trudach i nerwach, jakie towarzyszyły w walce o życie syna. Mama Emilka opisuje życie chłopca po operacji na FB na profilu "Emil Koryczan. Ratujmy EmiLove serduszko". Można tam także znaleźć informacje o tym, jak wesprzeć jego dalsze leczenie.

0

Mistrzyni świata w fitnessie: sylwetkę robi się w kuchni

0

Katarzyna Dziurska to Mistrzyni Świata Fitness Figure Classic, Mistrzyni Europy Bikini Fitness, trenerka personalna i fotomodelka. Nam mówi, że jest otwarta na wyzwania i nie wyklucza, że zacznie trenować boks, choć jej marzeniem jest też pole dance. Opowiada również o swoich grzeszkach kulinarnych i o tym, co ją motywuje do pracy.

Katarzyna Dziurska East News
Mistrzyni świata w fitnessie: sylwetkę robi się w kuchni
CZYTAJ DALEJ

Czytajmy etykiety! Sprawdź, na co zwrócić uwagę

0

Lektura etykiet na artykułach spożywczych sprzyja świadomym zakupom i wyborowi produktów, które mają korzystny wpływ na zdrowie. Tymczasem robi to jedynie 3 na 10 konsumentów. Przeważnie sprawdzamy po prostu termin przydatności do spożycia, a na pozostałe informacje nie zwracamy uwagi.

Shutterstock.com
Czytajmy etykiety! Sprawdź, na co zwrócić uwagę
CZYTAJ DALEJ