Facebook Instagram
Facebook Instagram
Partner:

„El polacco”, „typowy Janusz”, czyli jak Polacy są postrzegani poza granicami kraju

0

Czy "typowy Janusz" stał się nieformalnym ambasadorem Polski? Dlaczego mieszkańcy Katalonii nazywani są w Hiszpanii Polakami i czy jesteśmy dobrzy w narzekaniu? Te kwestie wyjaśnia dr Agata Bisko, autorka książki „Polska dla średnio zaawansowanych”.

deklaracjaotwartosci.pl
„El polacco”, „typowy Janusz”, czyli jak Polacy są postrzegani poza granicami kraju

Istnieje coś takiego jak zestaw typowych cech Polaka? Jakie są te cechy?

Nie. Wystarczy pomyśleć, jak często ostatnio dyskutujemy o głębokich podziałach społecznych i jak boleśnie odczuwamy niekiedy ich konsekwencje. Zamiast tego lepiej mówić o pewnych typowych cechach naszej kultury, w ramach której mieszczą się różne charaktery i odmienne poglądy ludzi mających wspólne zaplecze kulturowe. Bo o ile możemy w miarę zgodnie wymienić rzeczy, z których jesteśmy dumni – powiedzmy: gościnność, zaradność, rodzinność, odwaga, o tyle może się okazać, że zupełnie inaczej je definiujemy. Gościnność może być rozumiana jako zastawiony stół i serce na dłoni dla imieninowych gości i nie mieć nic wspólnego z przyjmowaniem uchodźczych sierot.
Dla jednego zaradność to zorganizowanie ad hoc przedświątecznej zbiórki dla bezdomnych, a rodzinność oznacza wielopokoleniowe spędzanie każdych świąt. Dla drugiego to – odpowiednio – potajemne wynoszenie do domu materiałów biurowych z miejsca pracy i nepotyzm. Gdy mówimy o odwadze, pierwszym skojarzeniem dla wielu będzie Powstanie Warszawskie, a dla innych przechadzka po dzisiejszej stolicy za rękę z homoseksualnym partnerem. Albo i jedno, i drugie. Dlatego żadnego, nawet tak jednorodnego pod względem pochodzenia i wyznania narodu, jakim są Polacy, nie można zredukować do jednego, sztywnego zestawu typowych cech. Nie ma zresztą chyba takiej potrzeby.

Narzekamy więcej niż inne nacje? Choć pewnie jest to trudne do „wyliczenia”.

Tak, narzekanie dopisałabym do powyższej listy składowych naszej codzienności. Pokazuje to wydźwięk potocznych rozmów, wrażenia przybyłych tu cudzoziemców czy w końcu badania prowadzone przez psychologów. Niemniej oczywiście jest to w jakimś stopniu trudne do zmierzenia czy wyliczenia, tak jak dzieje się to z innymi obserwacjami zjawisk społecznych. Rzadko mamy matematyczną pewność, że lewa strona równania równa się prawej, a nasze założenie odpowiada rzeczywistości w stosunku jeden do jednego.

Spotkałam się też z przeciwnym stwierdzeniem, że Polacy nie narzekają bardziej niż Amerykanie, bo to ci drudzy masowo odwiedzają psychoanalityków i terapeutów. Moim zdaniem wynika to raczej z popularności i powszechnej akceptacji dla szukania pomocy u psychologów, a zakładając ich skuteczność, należałoby uznać, że pogodzeni ze sobą amerykańscy pacjenci będą mieli mniej powodów do narzekań w prywatnych rozmowach. Dlatego wciąż uważam, że malkontenctwo to polski wzór kulturowy, według którego na grzecznościowe pytanie „co słychać” odpowiada się wdzięcznym zwrotem „stara bida” i wymienia się częściej powody ogólnego niezadowolenia, niż rewanżuje się równie konwencjonalnym uśmiechem i formułką sprowadzającą się do „OK”. I to prędzej Polka nazwie swoją komplementowaną sukienkę „starą szmatką”, zamiast chwalić się atutami.

Być może wolimy narzekać, niż mówić o pozytywach, broniąc się przed zarzutem o brak bardzo cenionej u nas cechy – skromności.

Wachlarz powodów do utyskiwania jest naprawdę szeroki: politycy (bez względu na opcję), pogoda (za ciepło, za zimno lub za bardzo w sam raz), ceny (zawsze za wysokie) i zarobki (niezmiennie za niskie), biurokracja i służba zdrowia (zwłaszcza że każdy prędzej czy później wcieli się w rolę petenta i pacjenta). Pozostaje się cieszyć, że przynajmniej drużyna narodowa w piłce nożnej ostatnio coraz częściej wypada z tego rankingu. Jednocześnie są to przecież problemy mniej lub bardziej uniwersalne, można się więc zastanowić, dlaczego nam zdają się doskwierać bardziej niż innym.

Bogdan Wojciszke, który w książce „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe” mówi o narzekaniu jako o narodowym obowiązku – nie tylko wypada, ale w zasadzie należy to robić – wymienia kilka powodów. Gdyby chcieć szukać przesłanek historycznych, można odwołać się do naszych chłopskich korzeni i zauważyć, że chłopi od zawsze mieli tendencję do narzekania na swoją ciężką dolę. Po drugie, skłonność do kultywowana klęsk – przegranych powstań, a nie sukcesów, jak bezkrwawe obalenie komunizmu. Do tego aspekt wspólnototwórczy: nic tak nie łączy przypadkowo spotkanych rodaków jak synchroniczne narzekanie na wspólne bolączki. Co więcej, to właśnie taki rodzaj rozmowy uważamy za szczery i głęboki, podczas gdy anglosaski small talk postrzegamy raczej jako nieautentyczny i powierzchowny.
Być może wolimy narzekać, niż mówić o pozytywach, broniąc się przed zarzutem o brak bardzo cenionej u nas cechy – skromności, a jako społeczeństwo dość przesądne robimy to także w obawie o zapeszenie. Jako podsumowanie powiedzmy przewrotnie, że jesteśmy w narzekaniu naprawdę dobrzy, by przypomnieć popularne swego czasu zdanie: „nam się nawet kryzys nie udał”.

Czy określenie „typowy Janusz”, czyli synonim obciachu, ma wiele wspólnego z prawdą? Czy „typowy Janusz” stał się nieformalnym ambasadorem Polski?

Gdyby odpowiedzieć twierdząco na tak postawione pytania, byłoby to krzywdzące po pierwsze dla Polaków, po drugie dla Januszów, po trzecie dla ambasadorów. A poza wszystkim, dla prawdy. Jakkolwiek człowiek opisywany jako „typowy Janusz” znajdzie się w szerokiej palecie nadwiślańskich osobowości, to będzie ich równie wybiórczym i mało reprezentatywnym przykładem, co jego mentalne przeciwieństwo - hipster. Do tego znanym jedynie wśród rodzimych użytkowników internetu, bo jeśli cudzoziemcy kojarzą szeroko jakiegokolwiek polskiego Janusza, to jest nim prędzej pisarz i dramaturg Janusz Głowacki. I nawet jeśli on sam z dystansem deklaruje swoją prowincjonalność w zetknięciu z realiami wielkiego świata zza wielkiej wody, to zakładam, że znacząco odbiega od tej charakterystyki. Umówmy się więc, że lepszymi ambasadorami polskich imion i postaci są Wisława albo Robert.

Złodzieje aut, pracowici ciułacze, cwaniaczki, kombinatorzy – to zaledwie kilka określeń dotyczących Polaków, którzy opuścili kraj. Sami na nie zapracowaliśmy czy to wynika z ksenofobicznych postaw?

Każdy przeciętnie zorientowany w polskiej rzeczywistości człowiek rozpozna te tropy i będzie świadom, że nie wzięły się znikąd. Weźmy na przykład taką, jedną z wielu zasłyszanych historii. Kobieta kupiła używany samochód i przyjechała nim do warsztatu, żeby naprawić niedziałającą klimatyzację. Gdy mechanik otworzył maskę, okazało się, że cały system klimatyzowania to wydmuszka – ogranicza się do przycisku włączającego. Poza nim w samochodzie nie ma nic, co mogłoby chłodzić powietrze. Klientka została więc ewidentnie oszukana przy zakupie samochodu, ale ciekawsze jest co innego. Ten warsztat był drugim, do którego zgłosiła się z usterką. Pierwszy bez problemu podjął się naprawy klimatyzacji, pobierając za nią stosowną opłatę.

Takie sytuacje się zdarzają, a więc wpływają w jakiejś mierze na nasz wizerunek za granicą i skutkują m.in. niewybrednymi dowcipami, zwanymi Polish jokes. Jako że ich bohaterowie to nierozgarnięci i niestroniący od alkoholu oszuści, spotykają się one z naszej strony ze zrozumiałym sprzeciwem. Ale warto pamiętać, że dotyczą akurat naszych rodaków w dużej mierze z powodu licznej i mającej długą tradycję emigracji Polaków. Dlatego w ogólnym rozrachunku nie ma chyba sensu przesadnie się samobiczować ani przypisywać nikomu ksenofobii. Słowem: „kraju mój, źle kombinujesz, nikt się aż do tego stopnia tobą nie interesuje...”, który to fragment pochodzi z wiersza Wojciecha Młynarskiego, mówiącego o tym, że nie tyle inni myślą o nas źle, co zajęci swoimi sprawami – nie myślą o nas wcale.

W jakich krajach mamy wysokie notowania, jesteśmy postrzegani bez szkodliwych stereotypów?

Takie stereotypy zapewne nie funkcjonują w krajach odległych, co wynika z prostego faktu, że ich mieszkańcy w ogóle niewiele o nas wiedzą, nie mają więc też uprzedzeń. Analogicznie, przeciętnemu Polakowi trudno byłoby wymienić najbardziej irytujące zachowania Paragwajczyka. To raczej kraje sąsiadujące mają swoje zaszłości historyczne i sąsiedzkie animozje, będące żyzną glebą dla negatywnych stereotypów. Co więcej, okazuje się, że nie tylko na antypodach wiedza o Polsce jest szczątkowa albo wybiórcza, bo również wielu Europejczyków nie potrafi wiele powiedzieć na nasz temat. Cudzoziemcy wskazują na brak popularnych polskich symboli narodowych, które byłyby dobrą autopromocją i zakorzeniały nasz kraj w świadomości reszty świata, jaką to funkcję dla Włoch pełni pizza, krzywa wieża w Pizie, espresso, wenecki karnawał i Ferrari.
Ciekawym wyjątkiem jest tu – pomijając przywoływane często powinowactwo, jakie ma stać za powiedzeniem „Polak, Węgier, dwa bratanki” – Katalonia, której mieszkańcy nazywani są w Hiszpanii „Polakami”. Za czasów dyktatury generała Franco określenie to miało pejoratywny wydźwięk i służyło poniżeniu mniejszości, która uparcie podkreślała swą odrębność, stanowiąc przeszkodę na drodze do narodowej jedności. Dziś el Polacco brzmi dumnie, bo Polacy cieszą się szczególną sympatią Katalończyków ze względu na bliskie ich sercom bohaterstwo i upór w dążeniach niepodległościowych. A wydania niedawno książka, na której się tu opieram, nosi tytuł „Barcelona. Stolica Polski”.

W krajach katolickich sympatię nadal zjednuje nam papież Polak – Jan Paweł II. Czy tam może nam być łatwiej się przebić?

Bardzo możliwe. Wiadomo, że religia znacząco wpływa na kształt kultur państw narodowych. Stąd można się spodziewać, że mieszkańcy dwóch państw, w których dominuje to samo wyznanie, będą pod wieloma względami kierować się podobnymi wartościami. Nawet uwzględniwszy różnice wynikające z innych czynników. Do tego – odnosząc się bezpośrednio do pytania – tak wpływowa i rozpoznawalna postać jak Jan Paweł II na pewno zjednuje nam sympatię katolików z innych części świata. Z drugiej strony, są miejsca, w których nasz papież tradycjonalista budzi mniej entuzjastyczne skojarzenia. Choć może trudno to zrozumieć nam, w większości wychowanym w kulcie Karola Wojtyły i masowo postulującym „santo subito” (w znaczeniu hasła „święty od zaraz”, a nie stolicy popularnego ostatnio San Escobar).

0

Loda Halama – najlepsza i najbardziej nieszczęśliwa polska tancerka

0

Miała 5 mężów, ale mężczyzna, którego pokochała najbardziej, był dla niej niedostępny. Była dobrą mamą, ale plotkowano, że teściowa chciała ją pozbawić praw do opieki nad synem. Miała status gwiazdy uwielbianej w Polsce i za granicą – nazywano ją "Wezuwiuszem tańca”, ale cierpiała też na depresję. Podobno poroniła na scenie podczas jednego z występów. Mieszkała w Szwajcarii, Anglii, USA, zawsze jednak wracała do ojczyzny. Bywa nazywana dzieckiem szczęścia, ale w jej życiu nie brakowało dramatów.

Wikimedia Commons - Uznanie Autorstwa CC BY
Loda Halama – najlepsza i najbardziej nieszczęśliwa polska tancerka
CZYTAJ DALEJ

Polskie lasy są pełne tajemnic

0

Lasy w Polsce zajmują prawie jedną trzecią powierzchni kraju. Kryją w sobie wiele ciekawych miejsc i mają sporo tajemnic, które udaje się poznać tylko nielicznym. O sekretach lasu rozmawiamy z Józefem Urbanowiczem, byłym leśniczym, od wielu lat zawodowo i prywatnie związanym z lasami.

Shutterstock.com
Polskie lasy są pełne tajemnic
CZYTAJ DALEJ